Edward
S. Mehosky, H/506: Deszcz siąpił w Hattiesburgu w stanie Missisipi pod
koniec sierpnia 1942 roku. Podporucznicy Ronald Spiers, David Hebert i ja
opuściliśmy Camp Shelby wcześnie rano, po zgłoszeniu się na ochotnika i
przyjęciu do 506. Pułku Piechoty Spadochronowej, zupełnie nowego pułku
formowanego w północnej Georgii w miejscu zwanym Toccoa. (…) Toccoa było małym
południowym miasteczkiem położonym u podnóża Appalachów, w północno-wschodnim
narożniku Georgii. Gdy pociąg zbliżał się do Ayersville w pobliżu Camp Toccoa,
nie mogłem nie zauważyć, daleko po prawej stronie, wzniesienia wystającego
wysoko nad lasami i wzgórzami, a także polami kukurydzy i kępami tytoniu,
powszechnymi w tej części kraju. (…) Zapytałem go, czy ta duża skała, którą
widziałem, wjeżdżając do Toccoa, ma jakąś nazwę. „Oczywiście, że ma. Ludzie w
tych stronach nazywają ją Currahee” – powiedział. „W przeszłości”, kontynuował,
„w tym regionie mieszkali ludzie z plemienia Czirokezów, ale już nie, proszę
pana! Nazwa góry pochodzi z języka Czirokezów. Oznacza „stojąca samotnie”.
Szczerze mówiąc, tak to wygląda, co?” (…) Camp Toccoa, dawniej Camp Toombs, był
kiedyś placówką Gwardii Narodowej nazwaną na cześć generała wojny secesyjnej. Z
tego, co słyszałem, dowódcy pułku nie podobało się brzmienie nazwy, ze względu
na bliskie sąsiedztwo fabryki trumien, więc cóż, dość szybko uległa zmianie.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s.
53-55.
Edward D. Shames, I/506: 506. pułk piechoty spadochronowej poszukiwał ochotników do służby, swoją ofertę kierując jedynie do najlepszych i najbystrzejszych. Każdemu, kto zostanie wykwalifikowanym spadochroniarzem oferowali dodatek w wysokości 50 dolarów miesięcznie! Po przejrzeniu kolorowych broszur, zdecydowałem się złożyć podpis jako potencjalny kandydat. Wiekiem wymaganym było 21 lat, więc ponieważ brakowało mi jedenastu miesięcy, musiałem zdobyć pisemne pozwolenie od swojej matki.
- I. Gardner, Airborne. The Combat Story of Ed
Shames of Easy Company, Oxford 2015, s. 19, 22, 40.
James
H. Martin, G/506: Wszyscy mieszkańcy North Dayton rozmawiali o sytuacji
politycznej w Azji i Europie. Zwłaszcza w Europie, która była miejscem ich
pochodzenia. Uważali, że trwa wielka bitwa o wolność, nie tylko Europejczyków,
ale wszystkich ludzi. To przekonało mnie i wielu innych. (…)Uznałem, że nie
przystoi młodemu mężczyźnie, nieposiadającemu rodzinnych zobowiązań, takiemu
jak ja, nie wstąpić do Armii. (…) Chciałem służyć w najlepszych siłach naszej
Armii, a powiedziano mi, że to oni (spadochroniarze) nimi są.
- J. Groen, Three of the Last WWII Screaming Eagles,
Groningen 2019, s. 41, 43.
Edward
S. Mehosky: Gdy wjechaliśmy do obozu, zobaczyliśmy kilka namiotów,
czworokątnych, i przede wszystkim rzędy długich, drewnianych budynków z dachami
z papy, usytuowanych na ogromnej polanie i otoczonych gęstymi lasami sosnowymi.
Drogi obozowe były z ubitej czerwonej gliny Georgii. Przy wejściu do obozu
znajdował się duży namalowany znak: „Kwatera główna, 506. Pułk Piechoty
Spadochronowej”. Poniżej znajdował się charakterystyczny emblemat: para kostek,
jedna z pięcioma kropkami, druga z sześcioma, połączone zerem. Obrazu dopełniał
orzeł i spadochron. To był emblemat „506. Para Dice”, który stał się
nieformalną naszywką, noszoną na kurtkach i spodenkach.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 55.
Fot. Emblematy pułkowe "Para Dice" w kolekcji Marka Bando
Mark Bando,
historyk: W 506. pułku piechoty spadochronowej również istniał konflikt
pomiędzy dwoma projektami: zatwierdzonym, w postaci tarczy, przedstawiającej
sześć spadochronów opadających przed Mt Currahee, z hasłem „Currahee” poniżej;
oraz okrągłą naszywką kieszonkową o średnicy około 4,5 cala, przedstawiającą
dwie kostki do gry z liczbami „5” i „6”, z dużym czarnym „0” i orłem nurkującym
pod czaszą spadochronu w środku. Naszywka „Para Dice” była noszona równocześnie
z oficjalnym herbem, więc w tym przypadku oba projekty mają pochodzenie
drugowojenne. Kiedy 101. Dywizja została reaktywowana w 1956 r., wskrzeszono
herb Currahee, ale nie insygnia Para Dice. Projekt Para Dice przypisuje się
Billowi Donnanowi z kompanii „B”, który stworzył go w Camp Toccoa w stanie
Georgia latem 1942 r.
-
Za pośrednictwem: https://101airborneww2.com/insignia.html
Martin
Clark, HQ/3/506: Po przybyciu do Camp Toccoa zostaliśmy umieszczeni w
kompanii W. (To był zbiór różnorodnych namiotów, do których wysyłano wszystkich
nowych rekrutów przed ich pierwszymi testami fizycznymi. Trzymano tam również
tych, którzy nie zdali testów, przed odesłaniem do jednostek lądowych. Tutaj
poddawano nas niezwykle rygorystycznym badaniom. Historia złamań kości
wystarczała, aby spowodować wykluczenie, podobnie jak daltonizm. Wymagania
umysłowe były również uważane za bardzo ważne, a aby je zdać, trzeba było mieć
wynik kwalifikacyjny równy lub wyższy niż wynik szkoły oficerskiej. Wszyscy
byliśmy bardzo młodzi, ale najmłodszym, którego znałem, był Charlie Price z
Filadelfii, który miał zaledwie 15 lat! Nasz czas w kompanii W był na szczęście
krótki i nastąpiła po nim selekcja do kompanii liniowych. Był to raczej
chaotyczny proces. Ci, którzy poprzednio przeszli szkolenie wojskowe, w tym
Program Szkolenia Oficerów Rezerwy, a nawet skauci, trafili do 1. batalionu. Po
tym, jak 1. batalion miał już wszystkich potrzebnych ludzi, 2. batalion
uzupełnił swoje szeregi. Ci z nas, którzy przybyli do Toccoa we wrześniu, utworzyli
3. batalion.
- I. Gardner, R. Day, Tonight
We Die As Men., Oxford 2010, s. 17-18.
Edward S.
Mehosky: Kapitan Harwick zebrał nas i zaczął: Panowie, chciałbym powitać was
w 506. pułku. Nasz pułk jest szóstym utworzonym pułkiem spadochronowym,
aktywowanym w lipcu tego roku. Wy, panowie, jesteście częścią kadry
oficerskiej, która przybywa każdego dnia. Żołnierze zaczną przybywać do końca
miesiąca. Mamy też małą kadrę podoficerów. Tak wygląda nasza sytuacja dzisiaj.
Ten pułk, 506., jest jednostką samodzielną. Dowodzi nim podpułkownik Robert F.
Sink. Pułkownik Sink pochodzi z Lexington w Karolinie Północnej. Trzecim
batalionem dowodzi major Robert Wolverton, którego niektórzy z was już poznali.
Pułkownik Sink zamierza stworzyć agresywną, twardą, jednostkę uderzeniową,
zdolną do lądowania za liniami wroga i wykonywania misji, gdziekolwiek i
kiedykolwiek to nastąpi. Pułkownik wierzy w szybkość i ruchliwość. Aby to
osiągnąć, wszyscy muszą być w doskonałej formie! Chcę, żebyście wiedzieli:
jesteśmy samodzielną jednostką, trenujemy sami i trenujemy ciężko. (…) Przez
następne kilka dni poznacie teren z pierwszej ręki. Mundur, jakiego będziecie
potrzebować przez następne kilka tygodni, to sprzęt, który otrzymaliście
dzisiaj. To jest wasz jedyny obowiązek, wasza odpowiedzialność, aby uzyskać
najlepszą formę fizyczną i psychiczną w waszym życiu.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 57.
James
H. Martin: Pułkownik Sink miał swoją własną opinię, jak szkolić jednostki
powietrznodesantowe. Powszechnie przyjętym zwyczajem było najpierw wysyłanie
żołnierzy do szkoły spadochronowej w Fort Benning, a po pozytywnym ukończeniu
szkolenia spadochronowego żołnierze przenoszeni byli do różnych oddziałów.
Zdaniem płk Sinka nie było to idealne rozwiązanie. Jego pomysł brzmiał
„trenujemy razem, skaczemy razem, razem idziemy w bój”. Przed rozpoczęciem
szkolenia, ludzie z 506. pułku przeżyli trzy miesiące ciężkiego szkolenia
podstawowego, zaplanowanego przez Sinka osobiście. Po tym przeszkoleniu można
było być pewnym, że na najbliższym koledze w sytuacji bojowej można polegać.
Był to pomysł, który działał bardzo dobrze.
-
J. Groen, Three of the Last WWII Screaming Eagles, Groningen 2019, s. 44
Richard D.
Winters, E/506: Codzienna gimnastyka składała się z podciągania na drążku,
brzuszków, głębokich przysiadów, pajacyków i biegania. Co zaskakujące, pod
koniec pierwszego tygodnia żołnierze zaczęli spełniać wymagania fizyczne
mającym służyć w wojskach powietrznodesantowych. Tych, którzy się nie
dostosowali, przeniesiono poza pułk. Pułkownik Sink wymagał, by trening był
cały czas intensywny, a każdy żołnierz doprowadzany niemal na skraj
wyczerpania. (…) Regułą stały się codzienne tory przeszkód, gimnastyka,
niezliczone godziny treningu fizycznego i 14- kilometrowe marsze, zarówno z
plecakami, bagnetami, karabinami i kaemami jak i bez nich. (…) Dopóki nie
zbudowano odpowiedniej liczby baraków, żołnierze spali w namiotach. Oficerowie
mieszkali w niedokończonych chatkach bez świateł. Podczas deszczu stawały się
one pełne błota, a w nocy były tak zimne, że potrzebowaliśmy po dwa koce.
- R.D.
Winters, C.C. Kingseed, Poza kompanią braci: Wspomnienia wojenne majora
Dicka Wintersa, Oświęcim 2018, s. 32-33.
Fot. Camp Toccoa, Georgia, 1942
Edward
S. Mehosky: Toccoa miało przygotować ich do kwalifikacji spadochronowych w
Fort Benning. Ich pierwszy dzień w kompanii był wprowadzeniem do tego, co miało
nastąpić. Na początek zapoznawali się z sześciomilowym biegiem w górę i w dół
Mt. Currahee w obuwiu polowym. W ciągu tygodnia bieg został ustanowiony jako
codzienna poranna przebieżka jednostki, sześć razy w tygodniu! To był prawdziwy
zabójca, „separator”, jak szybko go nazwano. Plutonami w formacji kompanii
opuszczaliśmy obóz na Ayersville Road, skręcaliśmy w prawo na Lathan Road, a
następnie biegliśmy około mili do podstawy Currahee Mountain Road. Nie było
czasu, aby się przygotować lub o tym pomyśleć, i lepiej, żebyś nie wypadł!
Biegaliśmy, cały pułk, batalion po batalionie, tą trudną górską drogą, trzy
mile na szczyt. Na szczycie zawracaliśmy i zaczynaliśmy schodzić, gdy
nadchodziły inne kompanie. Pod koniec tygodnia tempo przyspieszyło i teraz
stało się to konkurencją na czas, w którym każda kompania rywalizowała z
innymi. Po porannym biegu żołnierze byli zabierani na tor przeszkód, który
również stał się regularną częścią ich codziennego treningu: rano bieg na
szczyt góry i z powrotem; po południu ćwiczenia fizyczne i tor przeszkód; w
resztę dnia wciśnięto wszystko inne w harmonogramie. Gdziekolwiek żołnierze się
udali, czy to do stołówki batalionu, strzelnicy czy koszar, zawsze mieli
poruszać się biegiem. Nasi sierżanci bardzo często rozdawali pompki, co
prawidłowo wpływało na dyscyplinę w jednostce i rozwój żołnierzy. Wszystko to
było częścią rygorystycznego treningu, wymaganego, aby ci żołnierze byli
twardzi i gotowi do wojny.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 72-73.
Fot. Marszobieg na Currahee, 1942
Edward
S. Mehosky: Dowództwo zdecydowało, że kadra oficerska, przybyła w sierpniu
lub wrześniu, odda pięć skoków w ciągu jednego dnia, zamiast wykonywać je
później w Fort Benning. Byliśmy gotowi. Był koniec października 1942 roku.
Nigdy w życiu tego nie zapomnę. Pewnego dnia, o świcie, pojechaliśmy ciężarówką
na lotnisko po drugiej stronie Toccoa. (…) Postępowaliśmy zgodnie z tą
procedurą, aż wykonaliśmy pięć skoków w ciągu jednego dnia. To był nie lada
wyczyn, a co najważniejsze, byliśmy już wykwalifikowanymi spadochroniarzami.
Zdobyliśmy „skrzydełka”. To naprawdę coś, że ani jeden z nas nie odniósł
żadnego urazu czy kontuzji podczas tych pięciu skoków. Wygląda na to, że Dobry
Bóg musiał być po naszej stronie. Niedługo potem doszło do dwóch wypadków, w czasie których C-47, okręt flagowy Toccoa,
wypadł z pasa startowego, a dowództwo sił lądowych Armii natychmiast zakazało
dalszych skoków w Toccoa. (…) W wojskach powietrznodesantowych panuje tradycja,
że po wykonaniu przez oficera pięciu udanych skoków spadochronowych, ma on
zostać należycie zainicjowany i przyjęty do pułku w ramach braterskiej
inicjacji o nazwie „Prop Blast”. Podczas kolejnego zaplanowanego przyjęcia
pułkowego w klubie oficerskim, za przebieg uroczystości i tajny skład napojów,
które miały zostać wypite tej nocy, odpowiadał słynny Komitet Prop Blast,
składający się z oficerów z batalionów.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 69-70.
Richard
D. Winters: Zanim pułk przeniósł się do Fort Benning, pułkownik Sink
przeczytał w gazecie artykuł, według którego Japończycy przemaszerowali 160
kilometrów wzdłuż Półwyspu Malajskiego w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin.
Sink postanowił zademonstrować, że jego ludzie pobiją rekord ustanowiony przez
Japończyków i by udowodnić swe racje wybrał do tego zadania II batalion. (…)
Marsz przeprowadzono w wyjątkowo niekorzystnych warunkach pogodowych z całym
oporządzeniem polowym, nie licząc posłania. (…) Przez około 160 kilometrów
szliśmy wyboistymi, błotnistymi drogami. Każdego dnia temperatura spadała
poniżej zera. Z 586 ludzi, którzy wyruszyli, marszu nie ukończyło wszakże
jedynie dwunastu. Czas na wykonanie zadania wynosił według z [sic!]
batalionowego listu pochwalnego, siedemdziesiąt pięć godzin i piętnaście minut.
Trzydzieści trzy i pół godziny miało przypaść na sam marsz.
- R.D.
Winters, C.C. Kingseed, Poza kompanią braci: Wspomnienia wojenne majora
Dicka Wintersa, Oświęcim 2018, s. 47-48.
Martin
Clark: 1. batalion pojechał pociągiem z Toccoa do Benning. 2. batalion
potrzebował trzech dni, aby przejść pieszo do Atlanty, dystans 102 mil, a
następnie przebył resztę drogi pociągiem. 3. batalion pojechał pociągiem do
Atlanty, a następnie maszerował ulicami miasta do Fort McPherson. Następnie
przez następne cztery dni nie robiliśmy nic, tylko stawialiśmy jedną stopę za
drugą, ustanawiając rekord marszu 136 mil! Najgorszą częścią podróży dla mnie
było przejście od bram Fort Benning do „patelni” – moje kolana prawie się
zablokowały. Podczas marszu stopy pułkownika Wolvertona bardzo spuchły i nie
mógł nosić butów. Maszerował przez część czasu, mając na sobie tylko trzy lub
cztery pary skarpetek!
- I. Gardner, R. Day, Tonight We Die As Men.,
Oxford 2010, s. 22.
Fot. Mjr Robert L. Wolverton przed marszem z Atlanty do Fort Benning
Edward S.
Mehosky: Major Wolverton, dowódca 3. batalionu, uważał, że przygotowanie jego
batalionu do kursu spadochronowego jest doskonałe, bezkonkurencyjne, i
zamierzał to udowodnić! Trzeci batalion wraz z kompanią sztabową pułku opuścił
Toccoa pociągiem 3 grudnia i wysiadł na północ od Atlanty, aby rozpocząć
historyczny 136-milowy marsz do Fort Benning. Nosiliśmy mundury robocze —
jednoczęściowe kombinezony. Miał to być marsz bojowy w pełnym rynsztunku
bojowym: hełm, plecak polowy i broń. Oficerów wyróżniała ciemnobrązowa skórzana
kurtka lotnicza z naszywką 506. na lewej piersi kurtki. Kompania H została
wyznaczona do prowadzenia z 1. plutonem na czele. Marsz był energicznym
przedsięwzięciem, zakończonym dobrym wynikiem w wymiarze 82 godzin i 10 minut —
mniej niż cztery dni. Każdy oficer i żołnierz 3. batalionu i kompanii sztabowej
pułku ukończyli wyczerpujący, szybki marsz, docierając do Fort Benning
wieczorem trzeciego dnia. Czasami, przez niektóre odcinki zdarzało nam się
nawet biec! Odciski nękały nas przez cały czas, ale nasi medycy wykonali
wspaniałą robotę, łatając nas. Mieliśmy duży problem z naszymi butami. Były to
buty z gwoździami, a przy ekstremalnie ciężkim uderzaniu, jakie znosiły,
gwoździe zaczęły przebijać skórę aż do stopy. Jedną z pierwszych rzeczy, które
zrobiłem na początku marszu, było wyjęcie gwoździ z butów, ponieważ gwoździe
zaczęły przebijać moją skórę. Zatrzymywaliśmy się jedynie na spanie, jedzenie
lub 10-minutowe przerwy. Ciężarówki przywiozły nasze posiłki. Spaliśmy na
naszych posłaniach pod gwiazdami. Kiedy dotarliśmy do Fort Benning, dowódca
szkoły powietrznodesantowej, generał brygady Howell, pułkownik Sink i jego
personel entuzjastycznie nas powitali. Pozostałe dwa bataliony również wyszły,
aby nas powitać. Stołówka była gotowa i czekała na nasze przybycie, a gdy już
wszyscy żołnierze i oficerowie weszli, 3. batalion ustanowił nowe rekordy w
spożyciu jedzenia, kawy i lodów.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 81-82.







