czwartek, 28 listopada 2024

Z Toccoa do Benning

 

Edward S. Mehosky, H/506: Deszcz siąpił w Hattiesburgu w stanie Missisipi pod koniec sierpnia 1942 roku. Podporucznicy Ronald Spiers, David Hebert i ja opuściliśmy Camp Shelby wcześnie rano, po zgłoszeniu się na ochotnika i przyjęciu do 506. Pułku Piechoty Spadochronowej, zupełnie nowego pułku formowanego w północnej Georgii w miejscu zwanym Toccoa. (…) Toccoa było małym południowym miasteczkiem położonym u podnóża Appalachów, w północno-wschodnim narożniku Georgii. Gdy pociąg zbliżał się do Ayersville w pobliżu Camp Toccoa, nie mogłem nie zauważyć, daleko po prawej stronie, wzniesienia wystającego wysoko nad lasami i wzgórzami, a także polami kukurydzy i kępami tytoniu, powszechnymi w tej części kraju. (…) Zapytałem go, czy ta duża skała, którą widziałem, wjeżdżając do Toccoa, ma jakąś nazwę. „Oczywiście, że ma. Ludzie w tych stronach nazywają ją Currahee” – powiedział. „W przeszłości”, kontynuował, „w tym regionie mieszkali ludzie z plemienia Czirokezów, ale już nie, proszę pana! Nazwa góry pochodzi z języka Czirokezów. Oznacza „stojąca samotnie”. Szczerze mówiąc, tak to wygląda, co?” (…) Camp Toccoa, dawniej Camp Toombs, był kiedyś placówką Gwardii Narodowej nazwaną na cześć generała wojny secesyjnej. Z tego, co słyszałem, dowódcy pułku nie podobało się brzmienie nazwy, ze względu na bliskie sąsiedztwo fabryki trumien, więc cóż, dość szybko uległa zmianie.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 53-55.


 Fot. Camp Toccoa, 1942 r. 
Źródło: https://www.flickr.com/photos/brevort/8510344938/in/album-72157625284582297

Edward D. Shames, I/506: 506. pułk piechoty spadochronowej poszukiwał ochotników do służby, swoją ofertę kierując jedynie do najlepszych i najbystrzejszych. Każdemu, kto zostanie wykwalifikowanym spadochroniarzem oferowali dodatek w wysokości 50 dolarów miesięcznie! Po przejrzeniu kolorowych broszur, zdecydowałem się złożyć podpis jako potencjalny kandydat. Wiekiem wymaganym było 21 lat, więc ponieważ brakowało mi jedenastu miesięcy, musiałem zdobyć pisemne pozwolenie od swojej matki.

- I. Gardner, Airborne. The Combat Story of Ed Shames of Easy Company, Oxford 2015, s. 19, 22, 40.

 

James H. Martin, G/506: Wszyscy mieszkańcy North Dayton rozmawiali o sytuacji politycznej w Azji i Europie. Zwłaszcza w Europie, która była miejscem ich pochodzenia. Uważali, że trwa wielka bitwa o wolność, nie tylko Europejczyków, ale wszystkich ludzi. To przekonało mnie i wielu innych. (…)Uznałem, że nie przystoi młodemu mężczyźnie, nieposiadającemu rodzinnych zobowiązań, takiemu jak ja, nie wstąpić do Armii. (…) Chciałem służyć w najlepszych siłach naszej Armii, a powiedziano mi, że to oni (spadochroniarze) nimi są.

- J. Groen, Three of the Last WWII Screaming Eagles, Groningen 2019, s. 41, 43.

 

Edward S. Mehosky: Gdy wjechaliśmy do obozu, zobaczyliśmy kilka namiotów, czworokątnych, i przede wszystkim rzędy długich, drewnianych budynków z dachami z papy, usytuowanych na ogromnej polanie i otoczonych gęstymi lasami sosnowymi. Drogi obozowe były z ubitej czerwonej gliny Georgii. Przy wejściu do obozu znajdował się duży namalowany znak: „Kwatera główna, 506. Pułk Piechoty Spadochronowej”. Poniżej znajdował się charakterystyczny emblemat: para kostek, jedna z pięcioma kropkami, druga z sześcioma, połączone zerem. Obrazu dopełniał orzeł i spadochron. To był emblemat „506. Para Dice”, który stał się nieformalną naszywką, noszoną na kurtkach i spodenkach.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 55.


Fot. Emblematy pułkowe "Para Dice" w kolekcji Marka Bando

Źródło: https://101airborneww2.com/insignia.html


Mark Bando, historyk: W 506. pułku piechoty spadochronowej również istniał konflikt pomiędzy dwoma projektami: zatwierdzonym, w postaci tarczy, przedstawiającej sześć spadochronów opadających przed Mt Currahee, z hasłem „Currahee” poniżej; oraz okrągłą naszywką kieszonkową o średnicy około 4,5 cala, przedstawiającą dwie kostki do gry z liczbami „5” i „6”, z dużym czarnym „0” i orłem nurkującym pod czaszą spadochronu w środku. Naszywka „Para Dice” była noszona równocześnie z oficjalnym herbem, więc w tym przypadku oba projekty mają pochodzenie drugowojenne. Kiedy 101. Dywizja została reaktywowana w 1956 r., wskrzeszono herb Currahee, ale nie insygnia Para Dice. Projekt Para Dice przypisuje się Billowi Donnanowi z kompanii „B”, który stworzył go w Camp Toccoa w stanie Georgia latem 1942 r.

- Za pośrednictwem: https://101airborneww2.com/insignia.html

 

Martin Clark, HQ/3/506: Po przybyciu do Camp Toccoa zostaliśmy umieszczeni w kompanii W. (To był zbiór różnorodnych namiotów, do których wysyłano wszystkich nowych rekrutów przed ich pierwszymi testami fizycznymi. Trzymano tam również tych, którzy nie zdali testów, przed odesłaniem do jednostek lądowych. Tutaj poddawano nas niezwykle rygorystycznym badaniom. Historia złamań kości wystarczała, aby spowodować wykluczenie, podobnie jak daltonizm. Wymagania umysłowe były również uważane za bardzo ważne, a aby je zdać, trzeba było mieć wynik kwalifikacyjny równy lub wyższy niż wynik szkoły oficerskiej. Wszyscy byliśmy bardzo młodzi, ale najmłodszym, którego znałem, był Charlie Price z Filadelfii, który miał zaledwie 15 lat! Nasz czas w kompanii W był na szczęście krótki i nastąpiła po nim selekcja do kompanii liniowych. Był to raczej chaotyczny proces. Ci, którzy poprzednio przeszli szkolenie wojskowe, w tym Program Szkolenia Oficerów Rezerwy, a nawet skauci, trafili do 1. batalionu. Po tym, jak 1. batalion miał już wszystkich potrzebnych ludzi, 2. batalion uzupełnił swoje szeregi. Ci z nas, którzy przybyli do Toccoa we wrześniu, utworzyli 3. batalion.

- I. Gardner, R. Day, Tonight We Die As Men., Oxford 2010, s. 17-18.  

 

Edward S. Mehosky: Kapitan Harwick zebrał nas i zaczął: Panowie, chciałbym powitać was w 506. pułku. Nasz pułk jest szóstym utworzonym pułkiem spadochronowym, aktywowanym w lipcu tego roku. Wy, panowie, jesteście częścią kadry oficerskiej, która przybywa każdego dnia. Żołnierze zaczną przybywać do końca miesiąca. Mamy też małą kadrę podoficerów. Tak wygląda nasza sytuacja dzisiaj. Ten pułk, 506., jest jednostką samodzielną. Dowodzi nim podpułkownik Robert F. Sink. Pułkownik Sink pochodzi z Lexington w Karolinie Północnej. Trzecim batalionem dowodzi major Robert Wolverton, którego niektórzy z was już poznali. Pułkownik Sink zamierza stworzyć agresywną, twardą, jednostkę uderzeniową, zdolną do lądowania za liniami wroga i wykonywania misji, gdziekolwiek i kiedykolwiek to nastąpi. Pułkownik wierzy w szybkość i ruchliwość. Aby to osiągnąć, wszyscy muszą być w doskonałej formie! Chcę, żebyście wiedzieli: jesteśmy samodzielną jednostką, trenujemy sami i trenujemy ciężko. (…) Przez następne kilka dni poznacie teren z pierwszej ręki. Mundur, jakiego będziecie potrzebować przez następne kilka tygodni, to sprzęt, który otrzymaliście dzisiaj. To jest wasz jedyny obowiązek, wasza odpowiedzialność, aby uzyskać najlepszą formę fizyczną i psychiczną w waszym życiu.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 57.

 

James H. Martin: Pułkownik Sink miał swoją własną opinię, jak szkolić jednostki powietrznodesantowe. Powszechnie przyjętym zwyczajem było najpierw wysyłanie żołnierzy do szkoły spadochronowej w Fort Benning, a po pozytywnym ukończeniu szkolenia spadochronowego żołnierze przenoszeni byli do różnych oddziałów. Zdaniem płk Sinka nie było to idealne rozwiązanie. Jego pomysł brzmiał „trenujemy razem, skaczemy razem, razem idziemy w bój”. Przed rozpoczęciem szkolenia, ludzie z 506. pułku przeżyli trzy miesiące ciężkiego szkolenia podstawowego, zaplanowanego przez Sinka osobiście. Po tym przeszkoleniu można było być pewnym, że na najbliższym koledze w sytuacji bojowej można polegać. Był to pomysł, który działał bardzo dobrze.

- J. Groen, Three of the Last WWII Screaming Eagles, Groningen 2019, s. 44


 Ryc. Portret płk. Roberta F. Sinka w kronice pułkowej
Źródło: M. DiCarlo, A. Westphal, Currahee Scrapbook, [b.m.w.] 1945.

Richard D. Winters, E/506: Codzienna gimnastyka składała się z podciągania na drążku, brzuszków, głębokich przysiadów, pajacyków i biegania. Co zaskakujące, pod koniec pierwszego tygodnia żołnierze zaczęli spełniać wymagania fizyczne mającym służyć w wojskach powietrznodesantowych. Tych, którzy się nie dostosowali, przeniesiono poza pułk. Pułkownik Sink wymagał, by trening był cały czas intensywny, a każdy żołnierz doprowadzany niemal na skraj wyczerpania. (…) Regułą stały się codzienne tory przeszkód, gimnastyka, niezliczone godziny treningu fizycznego i 14- kilometrowe marsze, zarówno z plecakami, bagnetami, karabinami i kaemami jak i bez nich. (…) Dopóki nie zbudowano odpowiedniej liczby baraków, żołnierze spali w namiotach. Oficerowie mieszkali w niedokończonych chatkach bez świateł. Podczas deszczu stawały się one pełne błota, a w nocy były tak zimne, że potrzebowaliśmy po dwa koce.

- R.D. Winters, C.C. Kingseed, Poza kompanią braci: Wspomnienia wojenne majora Dicka Wintersa, Oświęcim 2018, s. 32-33.  


Fot. Camp Toccoa, Georgia, 1942


Źródło: https://511pir.com/blog/stateside-training/221-camp-toccoa-and-the-511th-pir

 

Edward S. Mehosky: Toccoa miało przygotować ich do kwalifikacji spadochronowych w Fort Benning. Ich pierwszy dzień w kompanii był wprowadzeniem do tego, co miało nastąpić. Na początek zapoznawali się z sześciomilowym biegiem w górę i w dół Mt. Currahee w obuwiu polowym. W ciągu tygodnia bieg został ustanowiony jako codzienna poranna przebieżka jednostki, sześć razy w tygodniu! To był prawdziwy zabójca, „separator”, jak szybko go nazwano. Plutonami w formacji kompanii opuszczaliśmy obóz na Ayersville Road, skręcaliśmy w prawo na Lathan Road, a następnie biegliśmy około mili do podstawy Currahee Mountain Road. Nie było czasu, aby się przygotować lub o tym pomyśleć, i lepiej, żebyś nie wypadł! Biegaliśmy, cały pułk, batalion po batalionie, tą trudną górską drogą, trzy mile na szczyt. Na szczycie zawracaliśmy i zaczynaliśmy schodzić, gdy nadchodziły inne kompanie. Pod koniec tygodnia tempo przyspieszyło i teraz stało się to konkurencją na czas, w którym każda kompania rywalizowała z innymi. Po porannym biegu żołnierze byli zabierani na tor przeszkód, który również stał się regularną częścią ich codziennego treningu: rano bieg na szczyt góry i z powrotem; po południu ćwiczenia fizyczne i tor przeszkód; w resztę dnia wciśnięto wszystko inne w harmonogramie. Gdziekolwiek żołnierze się udali, czy to do stołówki batalionu, strzelnicy czy koszar, zawsze mieli poruszać się biegiem. Nasi sierżanci bardzo często rozdawali pompki, co prawidłowo wpływało na dyscyplinę w jednostce i rozwój żołnierzy. Wszystko to było częścią rygorystycznego treningu, wymaganego, aby ci żołnierze byli twardzi i gotowi do wojny.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 72-73.


Fot. Marszobieg na Currahee, 1942

Źródło: https://www.flickr.com/photos/brevort/albums/72157625284582297/with/8510345956


Edward S. Mehosky: Dowództwo zdecydowało, że kadra oficerska, przybyła w sierpniu lub wrześniu, odda pięć skoków w ciągu jednego dnia, zamiast wykonywać je później w Fort Benning. Byliśmy gotowi. Był koniec października 1942 roku. Nigdy w życiu tego nie zapomnę. Pewnego dnia, o świcie, pojechaliśmy ciężarówką na lotnisko po drugiej stronie Toccoa. (…) Postępowaliśmy zgodnie z tą procedurą, aż wykonaliśmy pięć skoków w ciągu jednego dnia. To był nie lada wyczyn, a co najważniejsze, byliśmy już wykwalifikowanymi spadochroniarzami. Zdobyliśmy „skrzydełka”. To naprawdę coś, że ani jeden z nas nie odniósł żadnego urazu czy kontuzji podczas tych pięciu skoków. Wygląda na to, że Dobry Bóg musiał być po naszej stronie. Niedługo potem doszło do dwóch wypadków, w  czasie których C-47, okręt flagowy Toccoa, wypadł z pasa startowego, a dowództwo sił lądowych Armii natychmiast zakazało dalszych skoków w Toccoa. (…) W wojskach powietrznodesantowych panuje tradycja, że ​​po wykonaniu przez oficera pięciu udanych skoków spadochronowych, ma on zostać należycie zainicjowany i przyjęty do pułku w ramach braterskiej inicjacji o nazwie „Prop Blast”. Podczas kolejnego zaplanowanego przyjęcia pułkowego w klubie oficerskim, za przebieg uroczystości i tajny skład napojów, które miały zostać wypite tej nocy, odpowiadał słynny Komitet Prop Blast, składający się z oficerów z batalionów.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 69-70.


 Fot. "Prop Blast" oficerów 506. pułku, 1942
Źródło: https://searchingforacircuitbreaker.tumblr.com/post/616927475238305792/prop-blast-party-at-camp-taccoa-georgia-late


Richard D. Winters: Zanim pułk przeniósł się do Fort Benning, pułkownik Sink przeczytał w gazecie artykuł, według którego Japończycy przemaszerowali 160 kilometrów wzdłuż Półwyspu Malajskiego w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Sink postanowił zademonstrować, że jego ludzie pobiją rekord ustanowiony przez Japończyków i by udowodnić swe racje wybrał do tego zadania II batalion. (…) Marsz przeprowadzono w wyjątkowo niekorzystnych warunkach pogodowych z całym oporządzeniem polowym, nie licząc posłania. (…) Przez około 160 kilometrów szliśmy wyboistymi, błotnistymi drogami. Każdego dnia temperatura spadała poniżej zera. Z 586 ludzi, którzy wyruszyli, marszu nie ukończyło wszakże jedynie dwunastu. Czas na wykonanie zadania wynosił według z [sic!] batalionowego listu pochwalnego, siedemdziesiąt pięć godzin i piętnaście minut. Trzydzieści trzy i pół godziny miało przypaść na sam marsz.

- R.D. Winters, C.C. Kingseed, Poza kompanią braci: Wspomnienia wojenne majora Dicka Wintersa, Oświęcim 2018, s. 47-48.

 

Martin Clark: 1. batalion pojechał pociągiem z Toccoa do Benning. 2. batalion potrzebował trzech dni, aby przejść pieszo do Atlanty, dystans 102 mil, a następnie przebył resztę drogi pociągiem. 3. batalion pojechał pociągiem do Atlanty, a następnie maszerował ulicami miasta do Fort McPherson. Następnie przez następne cztery dni nie robiliśmy nic, tylko stawialiśmy jedną stopę za drugą, ustanawiając rekord marszu 136 mil! Najgorszą częścią podróży dla mnie było przejście od bram Fort Benning do „patelni” – moje kolana prawie się zablokowały. Podczas marszu stopy pułkownika Wolvertona bardzo spuchły i nie mógł nosić butów. Maszerował przez część czasu, mając na sobie tylko trzy lub cztery pary skarpetek!

- I. Gardner, R. Day, Tonight We Die As Men., Oxford 2010, s. 22.


Fot. Mjr Robert L. Wolverton przed marszem z Atlanty do Fort Benning

Źródło: http://www.projectvigil.com/robert-lee-bull-wolverton 

Edward S. Mehosky: Major Wolverton, dowódca 3. batalionu, uważał, że przygotowanie jego batalionu do kursu spadochronowego jest doskonałe, bezkonkurencyjne, i zamierzał to udowodnić! Trzeci batalion wraz z kompanią sztabową pułku opuścił Toccoa pociągiem 3 grudnia i wysiadł na północ od Atlanty, aby rozpocząć historyczny 136-milowy marsz do Fort Benning. Nosiliśmy mundury robocze — jednoczęściowe kombinezony. Miał to być marsz bojowy w pełnym rynsztunku bojowym: hełm, plecak polowy i broń. Oficerów wyróżniała ciemnobrązowa skórzana kurtka lotnicza z naszywką 506. na lewej piersi kurtki. Kompania H została wyznaczona do prowadzenia z 1. plutonem na czele. Marsz był energicznym przedsięwzięciem, zakończonym dobrym wynikiem w wymiarze 82 godzin i 10 minut — mniej niż cztery dni. Każdy oficer i żołnierz 3. batalionu i kompanii sztabowej pułku ukończyli wyczerpujący, szybki marsz, docierając do Fort Benning wieczorem trzeciego dnia. Czasami, przez niektóre odcinki zdarzało nam się nawet biec! Odciski nękały nas przez cały czas, ale nasi medycy wykonali wspaniałą robotę, łatając nas. Mieliśmy duży problem z naszymi butami. Były to buty z gwoździami, a przy ekstremalnie ciężkim uderzaniu, jakie znosiły, gwoździe zaczęły przebijać skórę aż do stopy. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłem na początku marszu, było wyjęcie gwoździ z butów, ponieważ gwoździe zaczęły przebijać moją skórę. Zatrzymywaliśmy się jedynie na spanie, jedzenie lub 10-minutowe przerwy. Ciężarówki przywiozły nasze posiłki. Spaliśmy na naszych posłaniach pod gwiazdami. Kiedy dotarliśmy do Fort Benning, dowódca szkoły powietrznodesantowej, generał brygady Howell, pułkownik Sink i jego personel entuzjastycznie nas powitali. Pozostałe dwa bataliony również wyszły, aby nas powitać. Stołówka była gotowa i czekała na nasze przybycie, a gdy już wszyscy żołnierze i oficerowie weszli, 3. batalion ustanowił nowe rekordy w spożyciu jedzenia, kawy i lodów.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 81-82.


 Fot. Żołnierze kompanii G/506 podczas marszu do Fort Benning
Źródło: https://www.flickr.com/photos/brevort/8509237285/in/album-72157625284582297

sobota, 2 listopada 2024

THE FOURTY THIEVES


We are the forty thieves, we loot, and we sack, and slay. We march abroad with fire and sword, and none our hands can stay. Beware of the forty thieves; we scatter death and woe. To those who dare to seek our lair, no mercy shall we show.

Mario J. DiCarlo, H/506: Pluton był jak grupa starych kobiet, rozgrzebujących i analizujących wszystko, co mówili nam oficerowie, aby sprawdzić, czy możemy dopatrzeć się jakichś luk w ich rozkazach. To były ekscytujące czasy, zwłaszcza gdy „Czterdziestu Złodziei” działało na pełnych obrotach. Mogę z niemałą dumą stwierdzić, że 1. pluton kompanii H, moim zdaniem, miał więcej doświadczonych zbieraczy, łupieżców i wyzwolicieli materiałów i sprzętu niż jakakolwiek inna jednostka na ETO. Generał Sherman kochałby nas. Jeśli chodzi o to, jak 1. pluton otrzymał przydomek „Czterdziestu Rozbójników”, to zostaliśmy tak nieumyślnie nazwani po kilku miesiącach pobytu w Anglii, w wyniku czegoś, co było znane jako „Tajemnica Srebrnej Łyżki”. Stało się to podczas nocnych ćwiczeń pułkowych, które odbywaliśmy obok siedziby YMCA. A ponieważ padało, znaleziono otwarte drzwi i nagle zniknęło kilka srebrnych łyżek ze stołu! Następnego dnia właściciele łyżek byli tak niezadowoleni, że powiadomili o tym łańcuch dowodzenia. Podpułkownik Wolverton nie mógł tego zignorować i musiał zbadać sprawę.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 105.

Mario J. DiCarlo: Płk Wolverton przybył na teren naszego plutonu z kpt. Harwickiem. Znalazł „Moose’a” (nasz pseudonim dla por. Mehosky’ego) i zażądał: „OK, Ali Baba, dawaj tu swoich czterdziestu rozbójników i przyjrzymy się tej sprawie". Zdziwiony Mehosky wezwał nas wszystkich na zewnątrz i Wolverton i Harwick zaczęli przesłuchiwać wszystkich po kolei. Pluton nie miał innego wyjścia, jak rżnąć głupa i zaprzeczać, by kiedykolwiek byli w budynku, a tym bardziej, że widzieli jakiekolwiek łyżeczki. „Moose” patrzył na nas podczas przesłuchań i nic nie mówił. Po wszystkim Wolverton powiedział nam: „Jeśli łyżeczki zostaną zwrócone, zapomnimy  o sprawie”. Ale było już za późno, bo łyżki zostały sprzedane jubilerowi w Swindon, by pomóc nam sfinansować jeden z najlepszych wieczorów, jakie kiedykolwiek mieliśmy.

I. Gardner, Day R., Tonight We Die as Men, Oxford 2009, s. 72-73.


Fot. Naszywka The Fourty Thieves w kolekcji Marka Bando

Źródło: https://101airborneww2.com/insignia2.html

Mark Bando, historyk: Gdy członkowie 506. pułku nosili nazwiska na swoich kurtkach, litery były zwykle nanoszone bezpośrednio na materiał na piersi. Wyjątkiem jest powyższa naszywka, noszona przez czterdziestu członków 1. plutonu kompanii H/506. w Ramsbury, w Anglii przed D-Day. Plutonowi temu ppłk Wolverton nadał nazwę „Czterdziestu Rozbójników”, ponieważ gdziekolwiek się nie udali, ginęły wartościowe przedmioty. W rzeczywistości jeden żołnierz i jego wspólnik („oczy operacji”) byli odpowiedzialni za wszystkie zniknięcia. Jednakże, cały pluton ponosił odpowiedzialność. Każdy z czterdziestu członków miał swój numer, „oczy” nosiły numer #20. Hank DiCarlo powiedział, że jego numerem było #13. Powyższy okaz prawdopodobnie jest jednym z nielicznych dowodów na jej istnienie. Mogła być przyszywana do lewej piersi kurtki polowej M41, powyżej kieszeni. Nie wiem, czemu „Czterdzieści” napisane jest z błędem. Być może jest to brytyjska pisownia?

- Za pośrednictwem:  https://101airborneww2.com/insignia2.html

Mario J. DiCarlo: Większość z nas była jeszcze nastolatkami i wciąż mieliśmy mleko pod nosem. W tym czasie byliśmy pod dowództwem porucznika Mehosky'ego wystarczająco długo, aby wiedzieć, że jest on kompetentny i sprawiedliwy, ale nie należy z nim zadzierać. Jedną z rzeczy, która zrobiła na nas największe wrażenie, było jego nastawienie, że „wszyscy jesteśmy w tym razem, Panowie, więc zróbmy to dobrze”. Porucznik Mehosky nie mógł mieć więcej niż 23 lata w tym czasie, ale jego muskuły, jego fizyczna prezencja i wszędobylski wąs zdobiący górną wargę tworzyły wrażenie solidności i wszystkich żołnierskich cech, których powinno się oczekiwać od dowódcy. Nie powiem, że był bezwarunkowo kochany przez wszystkich, którzy mu podlegali, ale z pewnością był szanowany, co w tamtym czasie i miejscu było o wiele ważniejsze. Pluton jako całość uważał, że mieliśmy szczęście, że dowodził nami prawdziwy „dorosły”. Nie był starszy od nas, jako grupy, ale wydawał się starszy i panował nad swoim życiem. Jeśli polegał na nas, nie miał pojęcia, jak bardzo my polegamy na nim. Nie był martinetem, jakim wielu oficerów okazywało się w polu. Jego upór, żebyśmy nauczyli się właściwych podstaw przetrwania w walce, w dużym stopniu przyczynił się do sukcesu, który odnieśliśmy, gdy poddano go ostatecznej próbie. (…) Był znany nam jako „Moose Mehosky” i, w przeciwieństwie do wielu innych przypadków, które mógłbym wymienić, nie był przydomek prześmiewczy, ale zasłużone wyróżnienie. Pamiętam go wyraźnie jak na dłoni. Stał tam, w swoim mundurze wyjściowym, patrząc prosto na nas. Wyglądał jak wielki, solidny niedźwiedź. Miał fizyczną stabilność i rzutowała ona na wszystko, co robił. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem jego postury, a mój kumpel, Joe Harris, nie był wyjątkiem. Pewnego dnia Harris powiedział mi: „Wiesz, Hank, gdybyś założył Mehosky'emu poroże, wyglądałby jak łoś”. I tak przydomek się przyjął, a porucznik Mehosky na zawsze znany był jako „Łoś”.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 105-106.

Edward S. Mehosky: Pamiętacie kostki bulionowe, które mieliśmy ze sobą w Mackall? Cóż, nawet małe rzeczy, takie jak kostki bulionowe, miały swój duży udział w dbaniu o moich żołnierzy. Gdy wszyscy inni żołnierze czekali na ciężarówki z jedzeniem po całodniowym marszu, moi ludzie mieli zupę i suchary. Anglia była zimna, zwłaszcza w polu, i noszenie tego hełmu podczas nocnych ćwiczeń przyprawiało o ciarki na całym ciele (…) Poszliśmy do handlarza i kupiłem każdemu w plutonie kominiarkę. Nawet w najzimniejsze noce w lesie, gdy hełm robił się zimny jak lód, byliśmy najcieplejszym plutonem ze wszystkich. (…) Po około dniu od wyjścia  obserwowaliśmy jakąś wieś, by określić lokalizację piekarni i sklepu mięsnego i wysyłaliśmy grupę ludzi, by kupili pieczywo, mięso i inne rzeczy do uzupełnienia swoich racji. Ludzie mieli przestudiować mapę, żeby odnaleźć wieś, wziąć pod uwagę ukształtowanie terenu i obiekty, zwrócić uwagę, jak wieś jest położona, przestudiować prowadzące do niej drogi i wybrać najlepszą, by dostać się do wsi niezauważonym.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 109-110.


Fot. Edward S. Mehosky i Gerald J. McCullough

Źródło: I. Gardner, Day R., Tonight We Die as Men, Oxford 2009, s. 81. 

Mario J. DiCarlo: Mieliśmy za zadanie przejąć kontrolę nad wioską i zbliżyć się do niej przez pola i żywopłoty poniżej lotniska Ramsbury. Ostatecznym celem było ogromne drzewo wiązu rosnące na placu naprzeciwko pubu Bell. S/Sgt „Mac” McCullough i jego mały zespół odpowiadali za obronę. „Mac” nielegalnie zdobył trzy granaty hukowe, które jego zdaniem mogłyby dodać odrobinę realizmu do ostatniej fazy ćwiczeń. Kiedy reszta plutonu zbliżała się do drzewa, „Mac” zdecydował, że nadszedł czas, aby odpalić granaty. W Bell i każdym sklepie na placu wyleciały okna, a ludzie wybiegli z domów, zastanawiając się, co się stało. Zniszczenia i hałas eksplozji ostatecznie doprowadziły do ​​wszczęcia dochodzenia. Jednak 1. Pluton zwarł szeregi i nikt nie został oskarżony. Później rusznikarze dbali o rozliczenie się z każdego granatu, jaki wydali.
- I. Gardner, Day R., Tonight We Die as Men, Oxford 2009, s. 71-72.

Edward S. Mehosky, H/506: Musiałem dalej zarządzać swoim plutonem bez chwili wytchnienia, zmieniając rzeczy, gdy sytuacja tego wymagała i rozwiązując problemy, gdy się pojawiały. Musiałem na przykład zdegradować jednego z moich sierżantów do stopnia szeregowego i awansować kaprala Martina w jego miejsce. Podczas ostatniego nocnego skoku przed Normandią sierżant Martin złamał nogę i musiał zostać zastąpiony przez sierżanta Estesa na stanowisku dowódcy drużyny. Uczyniłem Dona Zahna moim drugim zwiadowcą. Don miał otrzymać później awans na podporucznika w Holandii i zostać przydzielony do mnie w kompanii C. Był też problem z sierżantem Sunquistem. Nie oddał skoku w Normandii z powodu nagannego zachowania - został osadzony w areszcie, który przybrał formę jednoosobowego namiotu, otoczonego przez drut kolczasty, ze strażnikiem w pobliżu.

- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 133-134.


Fot. Donald E. Zahn i Robert J. Martin, 1943. 

Źródło: I. Gardner, Sent by the Iron Sky, Oxford 2019, s. 168. 

Mark Bando: Frank Padisak (wymawiane Paddy-sack). Frank był naczelnym złodziejem w 1. plutonie H./506. Gdziekolwiek pluton się udał, znikały sztućce i inne cenne przedmioty. Kradł je jeden facet, ale obwiniano cały pluton. Reputacja podążała za nimi i stali się znani jako „Czterdziestu Rozbójników”. Po II wojnie światowej Frank poślubił dziewczynę, która mieszkała obok Boba Martina z tego samego plutonu. (…). W tym czasie Bob mieszkał w Filadelfii. Żonie Franka nie podobało się nazwisko Padisak, więc zmienił je na Frank Patton. Po wojnie prowadził biznes z odzysku w Filadelfii. W Normandii Don Zahn pełnił funkcję „oczu” (ubezpieczenia) Padisaka, gdy ten zajmował się grabieżą na polu bitwy.

- Za pośrednictwem: https://www.tapatalk.com/groups/triggertimeforum/viewtopic.php?p=48404#p48404


Fot. Żołnierze H/506, 1943.
Stoją: Frank J. Padisak, Bruce Paxton, John Purdie, Howard Sundquist, Nick Snyder; Dolny rząd: Alex Spurr, Stanley Stasica, Robert Martin, John Hahn, Robert Hoffman, Godfrey Hansen.

Źródło: I. Gardner, Sent by the Iron Sky, Oxford 2019, s. 128.


SYLWETKA: Szeregowy, 506. pułk piechoty spadochronowej w umundurowaniu służbowym B-Class, Ramsbury, wiosna 1944 r.

  Powyższa fotografia przedstawia hipotetyczną sylwetkę szeregowego żołnierza I. plutonu kompanii H 506. pułku piechoty spadochronowej w umu...