THE FORTY THIEVES
We are the forty thieves, we loot, and we sack, and slay. We march abroad with fire and sword, and none our hands can stay. Beware of the forty thieves; we scatter death and woe. To those who dare to seek our lair, no mercy shall we show.
Mario
J. DiCarlo, H/506: Pluton był jak grupa starych kobiet, rozgrzebujących i
analizujących wszystko, co mówili nam oficerowie, aby sprawdzić, czy możemy
dopatrzeć się jakichś luk w ich rozkazach. To były ekscytujące czasy, zwłaszcza
gdy „Czterdziestu Złodziei” działało na pełnych obrotach. Mogę z niemałą dumą
stwierdzić, że 1. pluton kompanii H, moim zdaniem, miał więcej doświadczonych
zbieraczy, łupieżców i wyzwolicieli materiałów i sprzętu niż jakakolwiek inna
jednostka na ETO. Generał Sherman kochałby nas. Jeśli chodzi o to, jak 1.
pluton otrzymał przydomek „Czterdziestu Rozbójników”, to zostaliśmy tak
nieumyślnie nazwani po kilku miesiącach pobytu w Anglii, w wyniku czegoś, co
było znane jako „Tajemnica Srebrnej Łyżki”. Stało się to podczas nocnych ćwiczeń
pułkowych, które odbywaliśmy obok siedziby YMCA. A ponieważ padało, znaleziono
otwarte drzwi i nagle zniknęło kilka srebrnych łyżek ze stołu! Następnego dnia
właściciele łyżek byli tak niezadowoleni, że powiadomili o tym łańcuch
dowodzenia. Podpułkownik Wolverton nie mógł tego zignorować i musiał zbadać
sprawę.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s. 105.
Mario
J. DiCarlo: Płk Wolverton przybył na teren naszego plutonu z kpt.
Harwickiem. Znalazł „Moose’a” (nasz pseudonim dla por. Mehosky’ego) i zażądał:
„OK, Ali Baba, dawaj tu swoich czterdziestu rozbójników i przyjrzymy się tej
sprawie". Zdziwiony Mehosky wezwał nas wszystkich na zewnątrz i Wolverton i
Harwick zaczęli przesłuchiwać wszystkich po kolei. Pluton nie miał innego
wyjścia, jak rżnąć głupa i zaprzeczać, by kiedykolwiek byli w budynku, a tym
bardziej, że widzieli jakiekolwiek łyżeczki. „Moose” patrzył na nas podczas
przesłuchań i nic nie mówił. Po wszystkim Wolverton powiedział nam: „Jeśli
łyżeczki zostaną zwrócone, zapomnimy o
sprawie”. Ale było już za późno, bo łyżki zostały sprzedane jubilerowi w
Swindon, by pomóc nam sfinansować jeden z najlepszych wieczorów, jakie
kiedykolwiek mieliśmy.
- I. Gardner,
Day R., Tonight We Die as Men, Oxford 2009, s. 72-73.
Fot. Naszywka The Fourty Thieves w kolekcji Marka Bando
Źródło: https://101airborneww2.com/insignia2.html
Mark
Bando, historyk: Gdy członkowie 506. pułku nosili nazwiska na swoich
kurtkach, litery były zwykle nanoszone bezpośrednio na materiał na piersi.
Wyjątkiem jest powyższa naszywka, noszona przez czterdziestu członków 1.
plutonu kompanii H/506. w Ramsbury, w Anglii przed D-Day. Plutonowi temu ppłk
Wolverton nadał nazwę „Czterdziestu Rozbójników”, ponieważ gdziekolwiek się nie
udali, ginęły wartościowe przedmioty. W rzeczywistości jeden żołnierz i jego
wspólnik („oczy operacji”) byli odpowiedzialni za wszystkie zniknięcia.
Jednakże, cały pluton ponosił odpowiedzialność. Każdy z czterdziestu członków
miał swój numer, „oczy” nosiły numer #20. Hank DiCarlo powiedział, że jego
numerem było #13. Powyższy okaz prawdopodobnie jest jednym z nielicznych
dowodów na jej istnienie. Mogła być przyszywana do lewej piersi kurtki polowej
M41, powyżej kieszeni. Nie wiem, czemu „Czterdzieści” napisane jest z błędem.
Być może jest to brytyjska pisownia?
-
Za pośrednictwem: https://101airborneww2.com/insignia2.html
Mario
J. DiCarlo: Większość z nas była jeszcze nastolatkami i wciąż mieliśmy mleko
pod nosem. W tym czasie byliśmy pod dowództwem porucznika Mehosky'ego
wystarczająco długo, aby wiedzieć, że jest on kompetentny i sprawiedliwy, ale
nie należy z nim zadzierać. Jedną z rzeczy, która zrobiła na nas największe
wrażenie, było jego nastawienie, że „wszyscy jesteśmy w tym razem, Panowie,
więc zróbmy to dobrze”. Porucznik Mehosky nie mógł mieć więcej niż 23 lata w
tym czasie, ale jego muskuły, jego fizyczna prezencja i wszędobylski wąs
zdobiący górną wargę tworzyły wrażenie solidności i wszystkich żołnierskich
cech, których powinno się oczekiwać od dowódcy. Nie powiem, że był bezwarunkowo
kochany przez wszystkich, którzy mu podlegali, ale z pewnością był szanowany,
co w tamtym czasie i miejscu było o wiele ważniejsze. Pluton jako całość
uważał, że mieliśmy szczęście, że dowodził nami prawdziwy „dorosły”. Nie był
starszy od nas, jako grupy, ale wydawał się starszy i panował nad swoim życiem.
Jeśli polegał na nas, nie miał pojęcia, jak bardzo my polegamy na nim. Nie był
martinetem, jakim wielu oficerów okazywało się w polu. Jego upór, żebyśmy
nauczyli się właściwych podstaw przetrwania w walce, w dużym stopniu przyczynił
się do sukcesu, który odnieśliśmy, gdy poddano go ostatecznej próbie. (…) Był
znany nam jako „Moose Mehosky” i, w przeciwieństwie do wielu innych przypadków,
które mógłbym wymienić, nie był przydomek prześmiewczy, ale zasłużone
wyróżnienie. Pamiętam go wyraźnie jak na dłoni. Stał tam, w swoim mundurze wyjściowym,
patrząc prosto na nas. Wyglądał jak wielki, solidny niedźwiedź. Miał fizyczną
stabilność i rzutowała ona na wszystko, co robił. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem
jego postury, a mój kumpel, Joe Harris, nie był wyjątkiem. Pewnego dnia Harris
powiedział mi: „Wiesz, Hank, gdybyś założył Mehosky'emu poroże, wyglądałby jak
łoś”. I tak przydomek się przyjął, a porucznik Mehosky na zawsze znany był jako
„Łoś”.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier,
[b.m.w.] 2006, s.
105-106.
Edward
S. Mehosky: Pamiętacie kostki bulionowe, które mieliśmy ze sobą w Mackall?
Cóż, nawet małe rzeczy, takie jak kostki bulionowe, miały swój duży udział w
dbaniu o moich żołnierzy. Gdy wszyscy inni żołnierze czekali na ciężarówki z
jedzeniem po całodniowym marszu, moi ludzie mieli zupę i suchary. Anglia była
zimna, zwłaszcza w polu, i noszenie tego hełmu podczas nocnych ćwiczeń
przyprawiało o ciarki na całym ciele (…) Poszliśmy do handlarza i kupiłem
każdemu w plutonie kominiarkę. Nawet w najzimniejsze noce w lesie, gdy hełm
robił się zimny jak lód, byliśmy najcieplejszym plutonem ze wszystkich. (…) Po
około dniu od wyjścia obserwowaliśmy jakąś wieś, by określić lokalizację
piekarni i sklepu mięsnego i wysyłaliśmy grupę ludzi, by kupili pieczywo, mięso
i inne rzeczy do uzupełnienia swoich racji. Ludzie mieli przestudiować mapę,
żeby odnaleźć wieś, wziąć pod uwagę ukształtowanie terenu i obiekty, zwrócić
uwagę, jak wieś jest położona, przestudiować prowadzące do niej drogi i wybrać
najlepszą, by dostać się do wsi niezauważonym.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 109-110.
Fot. Edward S. Mehosky i Gerald J. McCullough
Źródło: I. Gardner, Day R., Tonight We Die as Men,
Oxford 2009, s. 81.
Mario
J. DiCarlo: Mieliśmy za zadanie przejąć kontrolę nad wioską i zbliżyć się do
niej przez pola i żywopłoty poniżej lotniska Ramsbury. Ostatecznym celem było
ogromne drzewo wiązu rosnące na placu naprzeciwko pubu Bell. S/Sgt „Mac”
McCullough i jego mały zespół odpowiadali za obronę. „Mac” nielegalnie zdobył
trzy granaty hukowe, które jego zdaniem mogłyby dodać odrobinę realizmu do
ostatniej fazy ćwiczeń. Kiedy reszta plutonu zbliżała się do drzewa, „Mac”
zdecydował, że nadszedł czas, aby odpalić granaty. W Bell i każdym sklepie na
placu wyleciały okna, a ludzie wybiegli z domów, zastanawiając się, co się
stało. Zniszczenia i hałas eksplozji ostatecznie doprowadziły do wszczęcia
dochodzenia. Jednak 1. Pluton zwarł szeregi i nikt nie został oskarżony.
Później rusznikarze dbali o rozliczenie się z każdego granatu, jaki wydali.
- I. Gardner, Day R., Tonight We Die as Men,
Oxford 2009, s. 71-72.
Edward
S. Mehosky, H/506: Musiałem dalej zarządzać swoim plutonem bez
chwili wytchnienia, zmieniając rzeczy, gdy sytuacja tego wymagała i rozwiązując
problemy, gdy się pojawiały. Musiałem na przykład zdegradować jednego z moich
sierżantów do stopnia szeregowego i awansować kaprala Martina w jego miejsce.
Podczas ostatniego nocnego skoku przed Normandią sierżant Martin złamał nogę i
musiał zostać zastąpiony przez sierżanta Estesa na stanowisku dowódcy drużyny.
Uczyniłem Dona Zahna moim drugim zwiadowcą. Don miał otrzymać później awans na
podporucznika w Holandii i zostać przydzielony do mnie w kompanii C. Był też
problem z sierżantem Sunquistem. Nie oddał skoku w Normandii z powodu nagannego
zachowania - został osadzony w areszcie, który przybrał formę jednoosobowego
namiotu, otoczonego przez drut kolczasty, ze strażnikiem w pobliżu.
- I.P. Mehosky, The Story of a Soldier, [b.m.w.] 2006, s. 133-134.
Fot. Donald E. Zahn i Robert J. Martin, 1943.
Źródło: I. Gardner, Sent by the Iron Sky,
Oxford 2019, s. 168.
Mark Bando:
Frank Padisak (wymawiane Paddy-sack). Frank był naczelnym złodziejem w 1.
plutonie H./506. Gdziekolwiek pluton się udał, znikały sztućce i inne cenne
przedmioty. Kradł je jeden facet, ale obwiniano cały pluton. Reputacja podążała
za nimi i stali się znani jako „Czterdziestu Rozbójników”. Po II wojnie
światowej Frank poślubił dziewczynę, która mieszkała obok Boba Martina z tego
samego plutonu. (…). W tym czasie Bob mieszkał w Filadelfii. Żonie Franka nie
podobało się nazwisko Padisak, więc zmienił je na Frank Patton. Po wojnie
prowadził biznes z odzysku w Filadelfii. W Normandii Don Zahn pełnił funkcję
„oczu” (ubezpieczenia) Padisaka, gdy ten zajmował się grabieżą na polu bitwy.
-
Za pośrednictwem: https://www.tapatalk.com/groups/triggertimeforum/viewtopic.php?p=48404#p48404
Fot.
Żołnierze H/506, 1943.
Stoją: Frank J. Padisak, Bruce Paxton, John Purdie, Howard Sundquist, Nick Snyder; Dolny rząd: Alex Spurr, Stanley Stasica, Robert Martin, John Hahn, Robert Hoffman, Godfrey Hansen.
Źródło: I. Gardner, Sent by the
Iron Sky, Oxford 2019, s. 128.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz